poniedziałek, 15 marca 2010

"Project: Monster" czyli strach, pot i łzy




Z początku wszystko idzie świetnie. Rob (Michael Stahl-David) dostał świetną prace w Japonii. Znajomi szykują mu imprezę niespodziankę i wszystko nagrywają na kamerę, by mógł zabrać ten film jako swojego rodzaju pamiątkę. W miarę spokojny i zabawny początek przeradza się w panikę gdy słyszymy pierwszy wybuch. Wielki popłoch, pierwsi ranni i zabici. Do Roba dzwoni dziewczyna, którą kocha i mówi, że jest uwięziona… no i postanawia, jak a bohatera przystało, odszukać ją ze swoimi kompanami

Matt Reeves postanowi,ł że Obraz będzie w stylu Blair Witch Project - trzęsąca się kamera, pot i łzy. Wiemy tyle co bohaterzy a Oni wiedzą niewiele, w dodatku nigdy się nie dowiadują skąd i dlaczego potworki zaatakowały miasto – my też nie. Kamerzysta wczuł się w rolę. Stwierdził, że musi wszystko nagrać, by świat wiedział co się stało. Nagrywa tyle ile się da, ale czasami instynkt przetrwania bierze górę i widzimy tylko plątaninie dymu, chodnika i gruzu.

Gdyby nie pomysł reżysera z kamerą i sposób oddawanych emocji i uczuć przez aktorów – wyszedłbym z kina stwierdzając, że to połączenie Wojny Światów, Blair Witch Project i Pojutrze. Jednak aktorzy i reżyser stanęli na wysokości zadania. Czasami widz czuje jakby był w samym centrum wydarzeń, jak jeden z bohaterów.

Film dostarczy nam na pewno wielu emocji. Świetna odskocznia od „oklepanych” filmów katastroficznych, Sc-Fi, czy akcji. Warto obejrzeć, zdecydowanie polecam. Wiele rzeczy w filmie dzieje się niespodziewanie, a szczególnie zaskoczyła mnie końcówka. Aż mnie ściska w żołądku żeby ją zdradzić, ale popsułbym wam cały film, jestem dobrym człowiekiem i nie zrobię tego :)

Converge - No Heroes

Mówicie Bonkers- pierdolniecie.
a słyszeliście Converge? Nie? No to posłuchajcie ;d

"Converge - amerykański zespół z Salem w stanie Massachusetts, pionierzy łączenia muzyki hardcore z ekstremalnym metalem" tak ich opisuje wikipedia.
Ja ich opisuje jako mistrzów chaosu i łączenia wszystkiego co najlepsze.

Grają od 1990r. ale album "No Heroes" pokazał na co ich naprawdę stać. Wraz z pierwsza piosenka słyszymy mnóstwo dźwięków, które działają na nasze wrażliwe miejsca. Przez kolejne parę kawałów utwierdzamy się w przekonaniu, że nie da się robić tego z muzyką co oni aż do piosenki number 5ive "Weight of the World". Wraz z tą piosenka myślałem, że w kolejnej części płyty się uspokoją, ale nic bardziej mylnego. Gdy przechodzę do piosenki number six, to czuje ciarki na plecach i tak kontrolowany chaos jakiego nie słyszałem jak dotąd. Kawałek numer 6 zatytułowany "No Heroes" to moim zdaniem najlepszy kawałek na płycie. Jak Oni to stworzyli to nie wiem... Jestem w stanie podejrzewać ich o jakiś pakt z belzebubem. Pałkarz nawala jak szalony, z gitary sypia się iskry.. no MAGIA! :D
Następnie znowu mamy utwór, który pozwala zaczerpnąć oddech. Myślałem, że kolejny song będzie znowu jakiś ryjący beret, a tu NIESPODZIANKA :D przez 10 min wokalista w piosence "Grim Hart/Black Rose" pokazuje nam, że umie oprócz darcia ryja wydobyć z siebie czysty i spokojny śpiew!

Reszta płyty jest tak samo dobra jak poprzednie utwory, ale nie chce mi się już ich opisywać. Po prostu warto posłuchać "tego czegoś" bo do żadnego gatunku ja się nie ośmielę ich zakwalifikować.